W mediach często możemy usłyszeć, że inflacja cieszy rząd jako dodatkowa, niejako ukryta forma opodatkowania. Czy jednak wzrost cen możemy zakwalifikować jako nowy rodzaj daniny publicznej ?

 

Podatki a prawo

W praktyce najczęściej stosowaną definicją podatku jest, ta która została wskazana w postanowieniach Ordynacji podatkowej[1]. Przepisy ustawy wskazują, że podatkiem jest świadczenie pieniężne (tj. wyrażone w pieniądzu), które jest:

publicznoprawne – tj. uiszczane na rzecz podmiotu reprezentującego szeroko rozumiane państwo może być więc to Gminy jak ma to miejsce w przypadku podatku od nieruchomości czy też rząd np. w przypadku podatku VAT [2]

nieodpłatne – co oznacza, że jego uiszczenie nie daje żadnych podstaw do dochodzenia roszczeń od państwa czy od jednostek samorządu terytorialnego [3], podatnikowi z tytułu samej zapłaty podatku nie przysługuje więc możliwość żądania świadczeń np. w postaci emerytury czy zasiłku

przymusowe – państwo egzekwując podatki można stosować wobec podatnika przymus np. w postaci egzekucji z jego majątku czy też „potrącenia” (np. z nadpłaty z podatku dochodowego)

bezzwrotne – co oznacza, że jeśli podatek nie został nadpłacony, nie podlega zwrotowi. Cecha ta odróżnia podatki od należności związanych z kredytami czy pożyczkami, które muszą być zwrócone w pewnym okresie[4]

Podatki mogą być ponadto nakładane tylko w formie ustawy. Żeby dane świadczenie mogło być nazywane podatkiem powinno zatem posiadać wszystkie wyżej wymienione cechy łącznie. Nie wydaje się więc, żeby inflacja mogła być zaliczana do omawianej grupy. Z drugiej strony w praktyce funkcjonuje duże szersze pojęcie daniny publiczne, które nie zostało nigdzie wprost zdefiniowane. Konstytucja pośrednio wskazuje, że są to świadczenia powszechne (dotyczą więc potencjalnie wszystkich obywateli) oraz pełniące funkcję fiskalną (dostarczającą środki państwu na jego potrzeby).

Omawianą kwestię reguluje również Ustawa o finansach publicznych [5], która wskazuje, że  środkami publicznymi są między innymi dochody publiczne, a wśród nich w pierwszej kolejności daniny publiczne, do których zalicza się podatki, składki, opłaty, wpłaty z zysku przedsiębiorstw państwowych [6]. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że przytoczone definicje nie pomagają nam w żaden sposób a jedynie wprowadzają szereg kolejnych niezrozumiałych i nieostrych pojęć. Dlatego też należy pamiętać, że państwo (rząd) pozyskuje środki na swoją działalność na wiele różnych sposób. Rozróżnienie w ramach danin publicznych min. na wyżej wymienione składki i opłaty ma charakter czysto „prawno-techniczny”. Z perspektywy przeciętnego obywatela co do zasady bez znaczenia jest dla czy uiszcza on podatek czy też opłatę (w rozumieniu ustawy o finansach publicznych). Statystycznego Kowalskiego najbardziej obchodzi ile i w jakiej wysokości będzie musiał płacić daniny na rzecz państwa. Wymienione cechy czy też rozróżnienia są więc raczej istotne na gruncie rozważań teoretycznych [7]. Najprościej można stwierdzić, na potrzeby naszych rozważań, że daniny publiczne są świadczeniami uiszczanymi (potocznie opłacanymi) na rzecz Państwa pod przymusem i nakładanymi wyłącznie w drodze ustawy. Wydaje się więc, że inflacja nie może być z perspektywy prawnej uznawana zarówno za daninę publiczną jak i za podatek.

Jak Państwo zarabia na inflacji ?

Inflacja, którą skrótowo można określić jako ogólny wzrost cen ma istoty wpływ na wynik budżetowy państwa. Po pierwsze zwiększa ona znacznie wpływy z tytułu samych podatków.

Przykład:

Planowane dochody VAT z tytułu sprzedaży warzyw i owoców wynoszą przy założonej zerowej inflacji 1 000 000 zł. Wzrost cen tego produktu w danym roku wyniósł 3 % oraz nie wpłynął na rezygnację konsumentów z jego zakupu. W takim przypadku dochody budżetowe powinny być wyższe o 30.000 zł..

Oczywiście powyższe przykład nie ma zbyt wiele wspólnego z praktyką, gdyż w ustawach budżetowych raczej nie zakłada się zerowej inflacji. Ponadto często wzrost ceny danego produktu wpływa na wielkość popytu oraz zmniejsza zakupy konsumentów.

Po drugie większe wpływy do budżetu zwiększają też finalnie wynik w zakresie PKB. Górny limit  generowania długu publicznego przez rząd jest właśnie określany w odniesienie do poziomu tego wskaźnika. Wzrost PKB pozwala więc państwu na zwiększenie jego zadłużenia.

W podręcznikowych przykładach wzrost inflacji powinien skłonić bank centralny ( w Polsce Radca Polityki Pieniężnej) do podwyższenia stóp procentowych. W aktualnie obowiązującej sytuacji NBP pomimo wzrostu cen przekraczającego tzw. cel inflacyjny[8] obniżył jednak wszystkie stopy. Podyktowane jest to z jednej strony dążeniem to przeciwdziałania skutków pandemii koronawriusa. Z drugiej wynika to z występującego obecnie w trendach polityki monetarnej swoistego renesansu interwencjonistycznego podejścia do gospodarki. Pogląd taki zakłada, że państwo (w tym również bank centralny) powinny stymulować wzrost gospodarczy nawet kosztem zadłużenia, które ma zostać rzekomo „skonsumowane” przez przyszły rozwój wywołany działaniami rządu. W moim przekonaniu takie podejście jest co najmniej dyskusyjne, bo inflacja najbardziej uderza w osoby oszczędzające i demotywuje społeczeństwo do jakiejkolwiek „akumulacji kapitału”. Z perspektywy wyników budżetowych najważniejsze jednak jest, że niższe stopy umożliwiają rządowi na zadłużania się niższym kosztem (niższa rentowność obligacji skarbowych oznacza, że państwo musi płacić niższe odsetki). Biorąc pod uwagę aktualnie dominujący pogląd wśród większości członków Rady Polityki Pieniężnej możemy spodziewać się, że wzrost inflacji (lub utrzymanie jej na względnie wysokim poziome) oraz pogorszenie się koniunktury gospodarczej mogą skłonić ją do dalszej obniżki stóp procentowych.

Z drugiej strony inflacja wpływa również pośrednio negatywnie na budżet państwa. Wzrost cen obniża ocenę wizerunkową rządu u wyborców. Wyższe ceny wpływają też negatywnie na wyniki spółek skarbu państwa, które ogrywają istotną rolę na polskim rynku kapitałowym ( w indeksie WIG20 aż 11 spółek kontrolowanych jest przez państwo).

 

Czy inflacja może być więc uznana za ukryty podatek ?

Tak jak wyżej wskazaliśmy wszelkie podatki oraz daniny publiczne powinny zostać wprowadzone w drodze ustawy. Z formalnego punktu widzenia, sam fakt, że „podatek inflacyjny” nie został uregulowany ustawowo może być argumentem za tym, aby wzrostu cen nie uznawać za świadczenia na rzecz państwa z perspektywy prawnej. Z drugiej strony np. eksperci Centrum Adama Smitha wskazują,[9] że inflacja jest podatkiem, który niejako ominął procedury. Pogląd taki otwiera pole do ciekawej dyskusji na temat konieczności rozszerzenia pojęcia podatków oraz danin publicznych o działania, które nie zostały bezpośrednio uregulowane w ustawie. W moim przekonaniu wzrostu cen bez wątpienia może zostać uznany za realne obciążenie obywateli w rozumieniu ekonomicznym, na którym pośrednio zyskuje państwo. Możliwość zaliczenia inflacji do podatków wymagałby jednak zmiany ustawowych pojęć oraz aktualnego podejścia nauki prawa finansowego do tego zjawiska.

________________________

[1] Tj. art. 6 Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa

[2] Oczywiście część środków uzyskanych z VAT trafia wtórnie z budżetu państwa do samorządów w ramach subwencji

[3] Etel Leonard (red.), Ordynacja podatkowa. Komentarz aktualizowany, 2020 Lex

[4] Op. cit Etel…

[5] Art. 5 Ustawa z dnia 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych

[6] D. Antonów, Cechy danin publicznych w polskim systemie prawa, Uniwersytet Wrocławski 2016 r.

[7] Oczywiście finalnie, to czy Kowalski będzie opłacał podatek, opłatę czy też składkę może mieć znaczenie dla kwestii jaką ustawę należy stosować.

[8] Czyli pożądany poziom cen, w Polsce jest to 2,5% +/- 1 punkt procentowy

[9] Tak np. Andrzej Sadkowski w wywiadzie opublikowanym pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QM6wcrDkx04


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.